Jak to się robi na Rakowieckiej
Złowieszczy Areszt Śledczy to obecnie Muzeum Żołnierzy Wyklętych. U zbiegu Rakowieckiej z Puławską nie ma już kina Moskwa, które do 13 grudnia 1981 roku wyświetlało "Czas Apokalipsy", co uwieczniono na słynnej fotografii z transporterem opancerzonym LWP. Rejon, niegdyś zasiedlony przez aparatczyków, funkcjonariuszy i klawiszy dziś jest trendy kwartałem mieszkaniowym. I tylko socrealistyczny gmach przy Rakowieckiej 2a ciągle jest centralą tajnej służby. Wcześniej urzędowały tu UB, SB i UOP. Dziś Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Nawet transformacja ustrojowa nie była dostatecznym "game changerem", aby skorygować bieg historii na odcinku służb. W kwaterze głównej ABW ducha PRL-u czuje się nawet w zakładowej stołówce. Ucieleśnia go najlepiej Marek Dukaczewski, dla którego likwidacja WSI była jak rozpad ZSRR dla Putina. To refugium fatalnej przeszłości z elementami izby ciągle kultywowanej pamięci oraz grupy rekonstrukcyjnej, odtwarzającej czasy protoplastów. Gdy wylansowano wyrażenie "zagrożenia hybrydowe", aby nim sprostać Agencja stała się istnym konglomeratem zadań. Od tej pory nawet afrykański pomór świń lub obrót kryptowalutami mogą być przedmiotem dociekań kontrwywiadu. Wzorem minionej epoki ABW jest nadal organem ścigania. To rzadkość. Spośród prawie czterdziestu służb państw UE tylko siedem ma uprawnienia śledcze, z czego cztery w byłych demoludach. Pod tym względem jesteśmy od dawna w G7.
Służba robi mnóstwo rzeczy, których nie robią jej europejskie odpowiedniki. Wydaje i odbiera poświadczenia bezpieczeństwa, co pozycjonuje ją często w oku politycznego cyklonu. Odpowiada za setki decyzji administracyjnych, z których duża część nie ma nic wspólnego z bezpieczeństwem wewnętrznym państwa. Edukuje, certyfikuje, opiniuje, analizuje, koordynuje i akredytuje. I jak już to ogarnie bierze się za zwalczanie. Ma dużo za dużo do powiedzenia w obszarze tzw. bezpieczeństwa ekonomicznego państwa. Skoro jesteśmy na "hybrydowej wojnie" to import drobiu czy giełdowa bessa mogą być przedmiotem rozpoznania służby, która natychmiast przykryje zagrożoną branżę czy inwestycję kontrwywiadowczą tarczą. Niewiele znaczy, ale dobrze brzmi.
Zanim III RP osiągnęła pełnoletność liczba tzw. służb specjalnych podwoiła się i nie jest to ostatnie słowo grupy trzymającej władzę. Tu i ówdzie pojawiają się głosy, aby z już istniejących wyłączyć komponent ochrony gospodarki i cyberbezpieczeństwo i powołać do życia dwie kolejne, umundurowane formacje. Dopiero będzie co koordynować.
Sama ABW podobnie jak jej urzędnicze otoczenie to inkubator biurokracji. Aby namierzyć szpiega, nie wystarczy kontrwywiadowczy nos a la Rzeczkowski (ten od restauracyjnego spisku GRU) czy manewrowe źródło. Trzeba jednostek logistyki i kwatermistrzostwa, których liczba rośnie odwrotnie proporcjonalnie do liczby jednostek liniowych. Aktualny lokator posesji pod numerem 2a odziedziczył po pradziadku czyli UB także tzw. pragmatykę służbową. To zagadkowa kwestia, bo ABW to służba cywilna, choć jednocześnie mundurowa, ale bez mundurów, a na dodatek ze stopniami wojskowymi. Mogłoby się wydawać, że to kamuflaż. Zimno. To wyrafinowany algorytm naliczania świadczeń emerytalnych i innych typu "mundurówka" czy "pędzlowe".
Jawne obiekty tajnej służby, jakimi są jednostki terenowe ABW to też spuścizna i kolejny atak terrorystyczny na zdrowy rozsądek. Decyzją Czesława Kiszczaka w 1983 roku zintegrowano SB z MO, w rezultacie czego powstały Wojewódzkie Urzędy Spraw Wewnętrznych. Delegatury Agencji działają do dzisiaj w oparciu o ten racjonalizatorski pomysł komunistycznego generała. Kontynuacją tej fuzji jest koordynator specsłużb, który synchronizuje pracę wielu innych formacji, w tym Policji.
Jak na europejskie standardy, ABW to prawdziwy kolos. Pod względem etatów bije na głowę brytyjską MI 5, prowadzącą między innymi długą i krwawą batalię z północnoirlandzkim terroryzmem czy hiszpańską CNI, zmagającą się od dekad z baskijskim separatyzmem. Nasza wojna jest na szczęście tylko kognitywna. ABW z racji swojego interdyscyplinarnego charakteru toczy ciche potyczki z piramidami finansowymi, ptasią grypą i ankietami bezpieczeństwa przemysłowego, a ten rodzaj pola walki wymaga przecież rzeszy wszechstronnie wyszkolonych funkcjonariuszy.
O tym, aby III RP kontynuowała tradycje aparatu przemocy PRL zdecydowali dobrze znani sprawcy. Standard "żeby było tak jak było" legalizowano na wiele sposobów. Jeden z najbardziej bałamutnych, choć z nutą geopolityki, związany jest z sąsiednim, dwunarodowym wówczas państwem, które zastosowało o zgozo opcję "0". Promotorzy naszego, inkluzywnego wariantu obwieścili, że Czechosłowacja bez Statni Bezpecnosti (StB) nigdy do struktur NATO i UE nie wejdzie. Weszły i Czechy i Słowacja.
Pomimo, że ABW to SB po nieudanym zabiegu kosmetycznym, w powszechnym odbiorze jest to tajna, a na dodatek specjalna służba, stojąca na straży bezpieczeństwa państwa. Dwuprzymiotnikowość trójliterowego urzędu, położonego wzdłuż zrewitalizowanej niedawno linii tramwajowej intryguje i niepokoi zarazem.
Koledzy z Miłobędzkiej mówią o sobie, że są zorganizowaną przez państwo grupą przestępczą, która w jego imieniu kradnie, manipuluje, kompromituje i dezintegruje. Trochę przesadzają, bo funkcjonariusze AW na pewno przestrzegają przepisów o ruchu drogowym krajów, w których przyszło im snuć agenturalną pajęczynę. ABW to także zorganizowana przez państwo grupa, która wyłącznie legalnymi metodami musi namierzyć wyjętych spod prawa legendarnych nielegałów.
Szara strefa
Bez logistyki żadna tajna służba nie podoła. Oczywiście logistyka doskonale poradzi sobie bez tajnej służby. Złośliwi dodają, że to kontrwywiad jest zapleczem administracji, a nie odwrotnie. Piony te zawsze miały liczebną przewagę nad jednostkami, realizującymi ustawowe zadania ABW. To prawdziwa armia podoficerów i oficerów, bo tu również obowiązuje pragmatyka formacji mundurowej. Zatem wydatki księguje major, opony kupuje kapitan, a urlop rozlicza porucznik. Finanse, administracja, kadry, ochrona obiektów, archiwum, ewidencja, inspektorat, służba zdrowia, gabinet szefa i szkolenia mają, oprócz liczebnej, także inną przewagę. Właściwie nie dotyczą ich (może z wyjątkiem kadr) czystki po przyjściu na Rakowiecką nowej opcji. W tym coraz bardziej skażonym polityką środowisku służba w logistyce daje duże szanse na przetrwanie kolejnej dobrej zmiany i kolejnych rozliczeń z dobrą zmianą. Konserwacja windy może być apolityczna, ale zwalczanie terroryzmu już nie.
Funkcjonariusze logistyki zgodnie z pragmatyką mają prawo do resortowej emerytury na dokładnie takich samych zasadach jak funkcjonariusze jednostek operacyjnych. Dotyczy to także wysokości uposażenia, ścieżki awansu czy trybu szkoleń. Nic dziwnego, że nie jest łatwo przekonać "młodych" do służby bliżej linii niewidzialnego frontu. W tej części Agencji królują standardowe regulacje, znane z innych urzędniczych żywiołów, zaadaptowane do realiów służby mundurowej. Owszem, oficer kontrwywiadu tropiąc autora cyberataku może używać różnych "numerów" rodem z tajnych instrukcji, ale przy rozliczaniu będącego na jego stanie wyposażenia żaden z nich nie przejdzie. Prawdziwą kombinacją operacyjną jest jednak załatwienie tzw. obiegówki.
ABW, ze względu na charakter realizowanych zadań, powinna działać dyskretnie, a najlepiej w konspiracji. Jednak funkcjonariusze tajnych służb też muszą czasami podeprzeć się "chwilówką" lub nabyć auto w leasingu. W takich przypadkach kwatermistrzostwo musi znaleźć rezolutny fortel, bo przecież pani kapitan z "kontry", starająca się o kredyt hipoteczny jakieś miejsce pracy musi w banku podać.
Dziesiątkom obiektów w całej Polsce, z których korzysta ABW należy zapewnić wszystko, w tym całodobową ochronę. Słuchaczom kursów umundurowanie, pojazdom paliwo, broni służbowej amunicję, a funkcjonariuszom opiekę lekarską. Zważywszy na fakt, iż część z tych prozaicznych powinności wymaga dyskrecji, sprawy się mocno komplikują. No ale przecież to służba specjalna, więc musi sobie z tym jakoś poradzić.
Biały kontrwywiad
Właściwie powinno być "biały wywiad", ale AW zarezerwowała sobie prawo do używania tego określenia tylko w okolicach ul. Miłobędzkiej. Nieuprawnione użycie grozi instytucjonalnym spięciem. "Biały" znaczy czysty, czyli bez brudnych, choć instrukcyjnych sztuczek, stosowanych w pracy operacyjnej. Zbieranie i analizowanie informacji ze źródeł otwartych na obecną skalę to stosunkowo nowy segment aktywności tajnych służb. Pozyskuje się w ten sposób wiedzę nt. zjawisk, relacji, tendencji, zależności, procesów i wielu innych zagadnień, mogących mieć wpływ na bezpieczeństwo wewnętrzne. Mniej istotne jest diagnozowanie problemów, ale raczej ich prognozowanie, a jak wiadomo przewidywanie, szczególnie jeżeli chodzi o przyszłość jest trudne. Infosfera to także zagłębie danych o ludziach. Przenikliwy analityk ustali o nich prawie wszystko. Warunkiem sukcesu jest dedukcja, a nie infantylne "łączenie kropek" opatentowane przez komando im. Tomasza Piątka. W pocie czoła, bo klimatyzacja na Rakowieckiej to dobro racjonowane, analitycy trałują internet, aby wyłowić namiar, zamiar albo podstęp. Pomimo, iż to biały wywiad, w poszukiwaniu drugiego dna zapuszczają się w ostępy darknetu. W rękach przebiegłego "osintowca" wroga dezinformacja staje się niewinną szeptanką z "Plotka". W sytuacji uzasadnionej potrzebą operacyjną, agencyjny badacz sam rozsieje kłamstwa, co uczyni zawsze dla dobra służby. Analitycy odczytują emocje youtuberów, influencerów, mindsetterów i outsiderów, aby w chaosie infozgiełku kreować legendy oferentom i aranżować sytuacje werbunkowe.
Inne służby również systematycznie rozbudowują swoje analityczne zdolności, ewoluując trochę wbrew swojemu pierwotnemu przeznaczeniu w stronę think tanków. To stały trend, będący wynikiem przekonania, że terrorystę czy lobbystę można wytropić po śladach, które zostawią w sieci. Aby zawęzić obszar poszukiwań, służby już dawno zwerbowały do współpracy sztuczną inteligencję, która w połączeniu z tradycyjnymi metodami inwigilacji jest bronią o dużej sile rażenia. Oprócz aktywności w sieci analizuje się wszelkiego typu publikacje, wystąpienia, seminaria, konferencje, sympozja, prace naukowe, a nawet filmy fabularne, o czym w jakieś mierze opowiada szpiegowski klasyk "Trzy dni Kondora". Robi się to na poziomie lokalnym i globalnym. I tu znów cichy zgrzyt z AW, ale skoro w naszym przypadku terroryzm jest prawie zawsze z importu, a sieciowy sabotażysta nie ma granic, to ABW musi zapuszczać się na odległe łowiska.
Choć nie ma tu linii frontu, wojna informacyjna coraz bardziej przypomina konwencjonalne konflikty. Klamstwem można zabić i to dosłownie. Prawdą zresztą też. Trzeba tylko znać słabe strony przeciwnika. Oczywiście niewidzialny adwersarz także testuje naszą odporność i szuka przewag. Stąd konieczność stałej współpracy zespołów analitycznych z jednostkami, odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo cyfrowe, które w razie konieczności nie zawahają się włamać do wrogich baz danych. Tym razem dla dobra sprawy.
Kłamstwo, zwane pieszczotliwie dezinformacją jest dzisiaj złem powszechnym. W czasach, gdy filuterne z pozoru ćwierknięcie na platformie X może wpłynąć na losy państw lub trwałość sojuszy, agencyjni analitycy próbują ustalić kto za tym stoi i przejąć inicjatywę.
Czarna robota
Analitycy patrzą na świat z perspektywy satelity. "Operacyjni" obserwują cel przez mikroskop.Ten segment aktywności Agencji ma najwięcej wspólnego, choć ciągle niewiele z perypetiami bohatera opowiadań Iana Fleminga. Nawet wypasione limuzyny kierownictwa nie są wyposażone w katapulty.To praca dla ludzi, temperamentem przypominających raczej pierwowzór tożsamości Jamesa Bonda, którym był amerykański ornitolog. Łotra, nicponia i bawidamka różni wszystko od statecznych, konsekwentnych i elokwentnych funkcjonariuszy ABW pierwszej linii. Tropią szpiegów, terrorystów, sabotażystów, wrogów porządku konstytucyjnego i tych, którzy proliferują broń masowego rażenia. W epoce konfliktów asymetrycznych do tego obowiązkowego zestawu trzeba było dorzucić sporo więcej. W tej branży prawie wszystkie chwyty są dozwolone, oby zgodne z instrukcją. Od honey traps przez banalne dirty tricks aż po under cover operations. Regulacje, które jak wiadomo nie obowiązują w Agencji Wywiadu, nie zezwalają na tortury.
Gdy w trakcie pierwszej fazy rozpoznania potwierdzą się wstępne przypuszczenia, co do niezgodnej z prawem aktywności, cel zyskuje status figuranta, a to oznacza, że z Agencją może zostać na dłużej. To, w jaki sposób ABW będzie go rozpracowywać zależy od tzw. sytuacji operacyjnej, co w przekładzie z języka branżowego na potoczny oznacza: jakoś trzeba go podejść. Wyrafinowana, bo zmodyfikowana na potrzeby Agencji technika plus naturalna inteligencja zasobów ludzkich nie dają przeciwnikowi większych szans. Oczywiście ciągle niezastąpiony dla powodzenia większości operacji jest dyskretny sojusznik czyli TW ps. "Uczynny". Inaczej, niż twierdzą samozwańczy eksperci, sprawność służby nie ma wiele wspólnego z jej stanem etatowym. Jej prawdziwa siła to ilość i jakość tajnych współpracowników, uplasowanych wszędzie tam, gdzie funkcjonariusz nie może.
Praca operacyjna bywa ekscytująca i czasami wymaga podjęcia sporego ryzyka. Gdy inne środki inwigilacji okażą się nieskuteczne, bo figurant regularnie wykrywa towarzyszącą mu obserwację, a przez telefon rozmawia złośliwie wyłącznie o serialach, w jego otoczeniu pojawia się oficer "pod przykryciem". Wyobraźmy sobie kogoś, kto ma uwieść rezydentkę chińskiego wywiadu w Warszawie czy przejrzeć zamiary lidera neonazistów. To przedsięwzięcie karkołomne i często długotrwałe. Sugestywna legenda, zdolności aktorskie, teatralne rekwizyty to tylko kilka elementów takiej operacji, zawsze obciążonej ryzykiem dekonspiracji. Działając na tyłach wroga, "agent provocateur" jest niezastąpiony, bo w pełni sterowalny i rozliczalny. Służby wywiadowcze nazywają tą kategorię agentów "nielegałami". W ABW to całkiem legalne przedsięwzięcie i przez to mniej romantyczne, choć nadal bardzo epickie.
Jednostki liniowe rozpoznają zagrożenia, typując podejrzanych, aby następnie ich rozpracować. Obowiązek ustawowy każe Agencji również ich ścigać. W tym miejscu służba specjalna zaczyna swoją metamorfozę i przeobraża się w pospolity organ ścigania. Spadek, tym razem po babci, czyli SB.
Kolorowy zawrót głowy
Skoro ABW ma uprawnienia do ścigania przestępstw, to de jure realizuje takie same czynności jak Policja. A skoro służba jest nadzorowana i koordynowana przez polityków, to przypuszczenie, że jest to policja polityczna jest całkiem uprawdopodobnione. To czwórka z UOP (nic wspólnego z piątką z Cambridge) w osobach Sienkiewicz, Niemczyk, Brochwicz i śp. Miodowicz metodą "kopiuj – wklej" przeniosła do praktyki służb III RP to prosto z piekła rodem rozwiązanie.
Zatem tajna do tej pory służba na pewnym etapie musi realizować czynności procesowe, z natury jawne. Na zlecenie i pod nadzorem prokuratury zatrzymuje, przeszukuje, przesłuchuje, konwojuje, protokołuje, prowadzi badania kryminalistyczne, realizuje wizje lokalne, oględziny, okazania itd. Wynika z tego konieczność funkcjonowania w ramach służby jednostek uprawnionych do ich realizacji zwanych "śledziami" i pododdziałów faktycznie specjalnych, czyli tzw. "piątkarzy". Ze względu na kominiarki i kamizelki taktyczne to niewątpliwie najbardziej ikoniczna i fotogeniczna formacja Agencji.
Służba w "śledziach" niesie za sobą duże ryzyko biernego udziału w powyborczych przeglądach kadr. To oni przecież zatrzymują, a politycy lubią wszystkie zatrzymania, pod warunkiem, że zatrzymani są w barwach naszych politycznych oponentów. "Śledzie", to także pośrednie ofiary tempa pracy wymiaru sprawiedliwości. Przez całe lata muszą się gimnastykować z prokuraturami i sądami, które na zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa patrzą z perspektywy procedur, a nie potencjalnego ryzyka. Na dodatek zdarza się, że prokuratury powierzają Agencji prowadzenie spraw, które w żaden sposób nie wiążą się z bezpieczeństwem państwa, typu afera taśmowa czy Amber Gold.
Pomimo, że fakt posiadania przez tajną służbę uprawnień policyjnych to unikat, trwanie tego stanu rzeczy jest wynikiem porozumienia ponad politycznymi podziałami. O czynnościach operacyjnych mówić nie można. Biały kontrwywiad sexy nigdy nie będzie. Wojna cyfrowa to pojedynki algorytmów, a logistyka to głównie faktury. Za to kajdanki zespolone na rękach dywersanta czy handlarz bronią na "glebie" robią zasięgi. Gdy dołoży się to takiej "setki" jeszcze rzecznika służby z praktyką w ORMO, to mamy najbardziej pożądany wizerunek ABW. Bardziej widowiskowe są chyba tylko medialne polemiki, o tym kto ma, a kto już nie ma poświadczenia bezpieczeństwa.
ABW jest od wszystkiego i zawsze pod ręką. Gdy w jakimś resorcie zdarzy się kryzys, to jego szef wyśle pisemko do szefa Agencji i problem ma generalnie z głowy. "Poinformowałem przecież służby", odpowie na konferencji prasowej, pytany o zmowę przy przetargu lub kuzyna w zarządzie państwowej spółki.
Jeden z oficerów ścisłego kierownictwa ABW i późniejszy szef AW jest współautorem nieformalnego kodeksu pracy, obowiązującego nie tylko na Rakowieckiej: "Nie będziemy prowadzić aktywnych działań przeciwko naszym adwersarzom, bo mogą poznać metody naszej pracy i kierunki zainteresowań". Budynek centrali ABW objęty jest nadzorem konserwatora zabytków. Kultura organizacyjna i filozofia działania służby też sporo z reliktu przeszłości ma.
Płk Jacek Gawryszewski – polski funkcjonariusz cywilnych służb specjalnych w stopniu pułkownika, dyplomata. W latach 2013–2017 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w latach 2017–2024 ambasador RP w Chile.